O książce

Z satelitarnego nasłuchu prowadzonego 5 listopada 2002 roku przez amerykańską NSA (Narodową Agencję Bezpieczeństwa) wynika, że profesor pułkownik Strielov z wojskowych zakładów optycznych w Tomsku za Uralem dogaduje się telefonicznie z generałem al-Tikriti, szefem irackiego wywiadu wojskowego, na temat zniszczenia elektrowni atomowej w Dimonie w Izraelu. Za pomocą działa neutrinowego zamierzają doprowadzić tam do drugiego Czarnobyla. Zupełnie nie wiadomo jak owo działo neutrinowe wygląda, nie wiadomo też, kto może nim dysponować. Uczeni amerykańscy są dopiero na etapie snucia rozważań, że w przyszłości można pokusić się o skonstruowanie lasera neutrinowego dużej mocy jako broni doskonałej. Tymczasem z podsłuchanej rozmowy wynika, że takie działo już istnieje i że znajduje się prawdopodobnie w Iraku. Wynika również, że do jego uruchomienia potrzebne są tabliczki ME. Tu pojawia się problem techniczny i poznawczy, bo tabliczki ME to nic innego, jak legendarna wiedza sumeryjskiego boga Enki zapisana na jakichś krążkach, których nikt ze współczesnych nigdy nie oglądał, a o których mówią gliniane tabliczki odnalezione w bibliotece króla Asurbanipala w Niniwie. W Dimonie na Pustyni Negev jest nie tylko elektrownia atomowa ale i około trzysta izraelskich głowic jądrowych. CIA powiadamia o wszystkim generała Draghana, szefa Amanu, wojskowego wywiadu Izraela oraz decyduje się natychmiast wysłać do Iraku działających niezależnie od siebie trzech agentów. Dwaj z nich giną wkrótce po wylądowaniu w Bagdadzie. Jako że próba odnalezienia i podkupienia profesora Strielova kończy się fiaskiem, podobnie jak próba dotarcia do egipskiego generała al-Barraka, zastępcy szefa wywiadu, który również w spisek jest wmieszany, cała nadzieja pokładana jest w trzecim z agentów. Jest nim pułkownik Norman Fawcett vel Henry Edwards, australijska mutacja Ericha von Dänikena, który jeździ po świecie w poszukiwaniu śladów paleoastronautów. 20 marca 2003 roku Stany Zjednoczone uderzają na Irak. Fawcett jest tu już trzeci miesiąc, ale ciągle nie wie, gdzie szukać tajemniczego działa. Spośród zdemobilizowanych żołnierzy udaje mu się skompletować niewielki zespół i wreszcie sprawa rusza z miejsca. Marzenie profesora Strielova, by część Bliskiego Wschodu wraz z zamieszkującą tam ludnością zamienić w energię nie ziszcza się. Wiedza boga Enki zapisana na tabliczkach ME służy do zupełnie innego celu, niż sterowanie działem neutrinowym, którym okazują się wewnętrzne pomieszczenia Wielkiej Piramidy w Gizie. Zespołowi pułkownika Fawcetta udaje się spenetrować przypadkiem odkrytą przedpotopową świątynię Ekur oraz zgłębić tajemnice tabliczek, jakby celowo pozostawionych przez bogów Sumeru dla nas, przedstawicieli cywilizacji technicznej. Przecież nie przypadkiem mówi się, że stoimy u progu ery Wodnika.

HOMO ILUM to efekt mojego zainteresowania religiami Sumeru, Babilonu, Indii i Żydów. Książka oparta jest na koncepcjach Zecharii Sitchina i sir Lawrence’a Gardnera dotyczących naszych prapoczątków i pradawnych bosko-ludzkich relacji. Na podstawie zapisów odkrytych na sumeryjskich glinianych tabliczkach z pismem klinowym utrzymują oni, że współczesny człowiek, homo sapiens, jest efektem nie jednorazowego aktu cudownego stworzenia przez Boga Jahwe jak chce znana nam religia, nie wynikiem samorzutnej ewolucji hominidów jak twierdzi nauka, lecz rezultatem wieloetapowego procesu manipulacji genetycznych dokonywanych przez bogów Sumeru na homo erectus z Afryki Wschodniej. Lulu stworzony na obraz i podobieństwo bogów, stał się najpierw ich prymitywnym pomocnikiem (dosłownie postanowili: niech pije wodę z kałuży i śpi w rowie), a stopniowo, coraz bardziej doskonały, przejął rolę swoich protoplastów.

K siążka utrzymana jest w konwencji powieści sensacyjno-przygodowej, rozgrywającej się w pogrążonym w wojnie Iraku. To rzecz o poszukiwaniu wiedzy sumeryjskiego boga Enki (Pana Ziemi, wcześniej znanego jako Ea - Pana Wody czyli Wodnika), którego podróż z ojczystej Nibiru na Ziemię stała się pretekstem do zaprezentowania tego, o czym w ostatnim akapicie. To rzecz o prawdziwym twórcy człowieka, bogu, z którego Żydzi dwa tysiące lat po upadku Sumeru "ulepili" Szatana, stopniowo zmieniając naszego największego dobroczyńcę w symbol wszelkiego zła. To również rzecz o początku jego ery, ery Wodnika, ery boga Enki. Okazuje się, że podział zwierzyńca niebieskiego na domy (znaki zodiaku), to również robota bogów Sumeru.

HOMO ILUM to także okazja, by podzielić sie z Czytelnikami czymś więcej niż tylko relacją z prowadzonych przez słynną amerykańską NSA podsłuchów na Bliskim Wschodzie, niż zmaganiami asów wywiadu amerykańskiego i izraelskiego, spektakularnymi porwaniami czy penetrowaniem przedpotopowej świątyni Ekur odgrzebanej spod piachu irackiej pustyni. Czymś poważniejszym niż próba uruchomienia działa neutrinowego w Wielkiej Piramidzie w Gizie czy międzygwiezdna podróż protoplastów gatunku ludzkiego, która o mało nie zakończyła się dla nich, a więc i dla nas katastrofą. To okazja, by pokusić się o znalezienie odpowiedzi na pytania o sens i cel naszego istnienia. Prędzej czy później każdy z nas przed tymi pytaniami stanie. Każdy bez wyjątku. Przedstawiony w książce model kosmogoniczny (wyjaśniający pochodzenie i funkcjonowanie świata), zakotwiczony jest w osiągnięciach współczesnej fizyki (ale bez wzorów i wykresów) oraz w podwalinach hinduizmu i tybetańskiego buddyzmu. Dlaczego własnie takie podstawy? Fizyka to jedyna nauka empiryczna sięgająca w swoich rozważaniach do początku świata. Hinduizm jest ostatnim "żywym" systemem religijnym wywodzącym się wprost z czasów i kręgu panowania sumeryjskich bogów. Z kolei powstały na gruncie hinduizmu buddyzm znalazł skuteczny sposób docierania do kresu wędrówki. Odarta z religijnych naleciałości kosmogonia po sułkowsku jest prosta i zrozumiała dla każdego. Dlatego stanowi atrakcyjną alternatywę dla kosmogonii judeochrześcijańskiej, pełnej strachu przed gniewem bożym i piekielnym potępieniem, co krok cudów oraz niezrozumiałych i nielogicznych dogmatów. Ponadto rozwiązuje to, co Żydzi zagmatwali w sposób absolutny. Oddziela mianowicie dzieła bogów (na przykład uczłowieczenie homo erectus czy stworzenie pierwszych cywilizacji) od katastrof naturalnych (na przykład potopu, który nie był ogólnoświatowy a lokalny) i wreszcie od dzieła Boga Stwórcy (świadomej energii celowo tworzącej z siebie samej materialne światy). Czy pozbawiona cudów za to pełna logiki i konsekwencji historia rozumnej materii z nami, ludźmi, na jej samym szczycie przypadnie Czytelnikom do gustu? Mam nadzieję. Wszak uczłowieczeni przez bogów, zostaliśmy wyposażeni w jedyne skuteczne narzędzie do rozróżniania między prawdą a fałszem. W logikę płynącą z życiowego doświadczenia.

 

Zapoznaj się z treścią książki


Kliknij tutaj, by pobrać 100 stron HOMO ILUM 1. TAJEMNICE SUMERU

O mnie

Nazywam się Paweł Sułkowski. Urodziłem się w Łodzi w świecie bez internetu, komórek i SMS. Mieszkałem na osiedlu pobudowanym przy największym żydowskim cmentarzu w Europie. Chodzić nauczyłem się w Sokolnikach – choć na chwilę muszę tam wpaść przy każdej wizycie w Łodzi. Do Liceum Dubois uczęszczałem w Koszalinie, gdzie byłem świadkiem liftingu zafundowanego temu powiatowemu miasteczku z okazji gierkowskich dożynek, zmieniającego je stopniowo w piękne miasto z chyba najładniejszym amfiteatrem w Polsce posadowionym w przepięknym parku. W okresie kontrrewolucji solidarnościowej studiowałem geografię w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tam nauczyłem się porządnie grać w brydża, tam, kiedy przyszła pora, drukowałem ulotki i różne niepokorne pisma. Tam też brałem udział w dwu studenckich strajkach, z których pierwszy był ważniejszy, bo to na nim po raz pierwszy zauważyłem Alicję (o której niżej), a drugi bardziej spektakularny, bo zakończony tuż przed wprowadzeniem przez Jaruzelskiego stanu wojennego. Później pracowałem naukowo w UAM, a jeszcze później w Uniwersytecie Łódzkim. Byłem stypendystą Université Lille III we Francji. Potem zrezygnowałem z kariery naukowej, a wolna Polska zastała mnie we wsi Ryjewo koło Malborka, skąd roztaczał się widok na Zamek w Gniewie po drugiej stronie Wisły. Ostatecznie osiadłem w pałacu Hochbergów w Goraju-Zamku koło Czarnkowa w krajobrazowo najciekawszej części Wielkopolski, gdzie pracuję w Zespole Szkół Leśnych.

Moją żoną jest o czarodziejskim imieniu Alicja. O tym, że czas płynie, świadczy trójka już dorosłych – jak mawiała ich babcia – ancymonów: Piotr, Kuba i Kasia.

Z wykształcenia jestem geografem. Moją pasją są podróże (co wcale nie znaczy, że zaraz muszą być na koniec świata) i historia starożytna (co znowu nie znaczy, że jestem od niej ekspertem). Szczególnie wciągają mnie dawne systemy religijne, bo ciągle odciskają się na naszym sposobie postrzegania świata i na tym jacy jesteśmy.

Top