Gruszka do popełnienia samobójstwa

Świat Ci się zawalił? Nie masz siły, by dłużej ciągnąć ten wózek? Myślisz, samobójstwo, bo ból jest nie do wytrzymania. Fizyczny? Psychiczny? Jeden i drugi? Do tego strach, że ciągle będzie tak samo, albo jeszcze gorzej. Albo cholerna samotność. Wkoło pełno ludzi, a Ty jak palec. Nikt Cię nie kocha, znikąd pomocy. Najpiękniejsza dziewczyna odeszła z nim, choć wiesz, że na nią nie zasługuje…

Jesteś wolnym człowiekiem. Zrobisz co zechcesz.

Najpierw zapoznaj się z gruszką do popełnienia samobójstwa.

Z pozoru to normalna, gumowa gruszka z długim, wyprowadzonym gumowym przewodem. Dostępna natychmiast, całkowicie za darmo. Zawartość w pełni ekologiczna, nie zawiera alkoholu ani psychotropów. Strach eliminuje całkowicie, ból sprowadza do akceptowalnego poziomu.

Pierwszy raz miałem ją w ręku mniej więcej przed miesiącem.

Trzy miesiące temu odnowiła mi się paskudna kontuzja kręgosłupa, sprzed czterech lat. Wtedy przeszło po tygodniu. Teraz trwa już trzeci miesiąc. Ból jak cholera, promieniujący na lewą nogę. Fachowo to rwa kulszowa – dysk międzykręgowy wysuwa się i uciska pień nerwowy biegnący przez kręgosłup. Pierwsze trzy doby przeklęczałem przy łóżku, bo tylko w tej pozycji wytrzymywałem ból. Tabletki, zastrzyki, znowu tabletki. I środki przeciwbólowe. Jak już po dwóch miesiącach na tyle się poprawiło, że byłem w stanie wsiąść do samochodu, pojechałem zrobić badanie za pomocą rezonansu magnetycznego. Bez tego lekarz jest ślepy – nie widzi, w którym miejscu i co konkretnie się stało. W Internecie napisali, że badanie odbywa się na leżąco i trwa do godziny. A jeśli kogoś boli, niech weźmie więcej tabletek przeciwbólowych niż zwykle, bo w trakcie badania nie wolno się ruszać. I tu pojawił się problem, bo ja z bólu nie wytrzymuję więcej, niż 10 min. i koniecznie muszę zmienić pozycję. Najgorzej jest na plecach, to pozycja w ogóle nie dla mnie. Ale byłem dobrej myśli, może jakoś się uda, może na lewym boku, bo tak mogę leżeć najdłużej.

Gdy po dwóch godzinach dojechałem na miejsce, w formularzu podsuniętym do wypełnienia napisali już, że można leżeć tylko na brzuchu lub na plecach. Pomyślałem, że ewentualnie na brzuchu, plecy wykluczone.

Kiedy wszedłem do przebieralni, przyszedł lekarz. Powiedział, że w grę wchodzą tylko plecy. Co?!… Przecież ja na plecach wytrzymuję nawet nie minutę! Wszystko, kochany, tylko nie plecy! Lekarz na to, że odcinka lędźwiowego nie da się zrobić inaczej.

Dwie godziny bolesnej jazdy w jedną stronę, stracony czas i mam wrócić z niczym?! Przecież lekarz bez rezonansu mi nie pomoże! Mówię więc OK. I idę.

W środku wielka, nowoczesna maszyna otaczająca coś na kształt pieca chlebowego, a przed nim łóżko, na którym mam się położyć. Mówię mu, że będą potrzebne jakieś poduchy pod nogi. Są poduchy. Konkretnie jedna. Dostaję ją pod nogi. Lekarz pyta, czy jest OK.? Leżę chwilę i mówię: OK.

Dostaję gruszkę do popełnienia samobójstwa. Tak ją później nazwałem. Lekarz wkłada mi ją w rękę i mówi, że będzie duży hałas, więc gdyby coś, to mam ją nacisnąć, a on przyjdzie i wyciągnie mnie z pieca. Dodaje, że czas badania to ok. pół godziny, ale jeśli się poruszę, komputer stwierdzi przesunięcie obrazu i cykl trwający 8 – 10 min. będzie powtarzany. Wychodzi. Wjeżdżam na łóżku jak na taśmociągu do pieca chlebowego głową naprzód. Zostaję sam w piecu z gruszką w prawej dłoni. Ręce wyciągnięte wzdłuż tułowia i żadnego ruchu. Sufit pieca mam nad sobą nie wyżej, niż 8 – 10 cm. Jest klaustrofobicznie ciasno, ale przynajmniej  jasno, bo piec jest w środku oświetlony. Z tyłu nadmuch świeżego powietrza. Gdyby nie plecy, pełen luksus. Maszyna rusza. Na zmianę trzaskanie, chrobotanie, warczenie.

Po minucie sprawdzam palcami gruszkę, bo czuję, że zaczyna mnie boleć. I to porządnie. To jednak rozrywka nie dla mnie, przynajmniej nie w moim obecnym stanie. OK., wytrzymam jeszcze chwilę, dwie i przycisnę, bo tak od razu to nawet nie wypada. Przecież nie jestem babą! Jednak z każdą chwilą boli coraz mocniej. Oddycham głęboko i mrucząc hinduistyczną świętą zgłoskę OM wypuszczam powietrze. Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego ona jest święta. Rozpoczyna najlepiej znaną mantrę OM MANI PADME HUM, „prawda jest w lotosie”, ale chyba nie od tego jej świętość. Doszedłem do wniosku, że widocznie powodowane w trakcie jej wypowiadania wibracje są dobre dla organizmu. Mruczę więc OMMMMMMMM w trakcie długiego wydechu. Minimalnie pomaga. Tylko na chwilę. Ból ciągle narasta. Postanawiam, że jeszcze minuta i popełniam gruszką samobója. Przyjdzie lekarz i wyciągnie mnie z pieca, trudno. Najlepiej byłoby wytrzymać do końca pełnego cyklu, by nie było konieczności jego powtarzania. Maszyna warczy, trzaska i zupełnie nie mam pojęcia, kiedy skończy pierwszy cykl. Zegarka oczywiście nie mam, bo wszystko, co metalowe lub elektroniczne musiałem zostawić w szatni. Nawet gdybym go miał i tak ręki nie jestem w stanie podnieść do twarzy, bo nie ma w tym piecu/trumnie tyle miejsca. Poza tym, przecież nie wolno się ruszać.

Przestaję wytrzymywać. Oddycham coraz głębiej, wypuszczając powietrze z coraz głośniejszym OMMMMM. Czuję, że mięśnie piersi, pleców i karku są jak skała. Staram się je rozluźnić. Plecy bolą kurewsko. Przy wdechu jakiś gwóźdź wbija mi się w kręgosłup, niestety, przy wydechu nawet tym z OMMM nie jest dużo lepiej. Znowu rozluźniam sztywny kark i łopatki i obiecuję sobie wytrzymać jeszcze pół minuty.

Już nie mruczę, a ryczę OMMMM. A co tam, w takim hałasie lekarz mnie nie słyszy. Lewa noga zdrętwiała, w kręgosłup wbite kolejne gwoździe wdechów. Postanawiam się poddać. Już mam w dłoni samobójczą gruszkę. Już obracam ją w palcach. OK, jeszcze chwila. Gryzę wargi, by nowym bólem zagłuszyć ten w plecach i w nodze. Przez chwilę to działa. Ryczę przy wydechu już zupełnie swobodnie. Aż czuję rezonans mojego ryczenia z buczeniem maszyny. Zaciskam oczy, gryzę druga wargę.

Łóżko wyjeżdża odrobinę z maszyny. Czyżby koniec cyklu?! Nie, wyjeżdża dalej, całkowicie! Kurwa, pewnie się poruszyłem głęboko oddychając! Niech to szlag! Lekarz już stoi przy łóżku. Pytam co się stało, spieprzyłem coś?

Koniec. Koniec badania, oznajmia. Nie wierzę! Niemożliwe! Już?!…

Proszę wstać, mówi, miało być pół godziny i było. A ja nie mogę się ruszyć. Chwila, mówię i oddaję mu pierniczoną gruszkę. Najgorsze, najbardziej bolesne pół godziny w moim długim życiu już za mną! Jak na protezach idę do przebieralni. Wszystko potwornie boli, ale już jakoś radośnie. Poszedłem do panienki w recepcji, by zapłacić za badanie. Powiedziałem, że może być ze mnie dumna i do widzenia. Uśmiechnęła się.

Gdy wsiadłem do samochodu, jeszcze nie mogłem uwierzyć, że już jest po wszystkim, że ja to jednak wytrzymałem, że mimo gruszki, byłem twardzielem do końca. Jasne, twardzielem ryczącym piękne, długie OMMMMM, ale jednak twardzielem. Bolało mnie jeszcze paskudnie przez cztery dni. Dopiero w weekend ból wrócił do niskiego poziomu sprzed badania.

Nie dzielę się z Tobą historią o bólu i magicznej gruszce by się chwalić. Wiem, że mój ból był pewnie ze środkowej półki. Twój pewnie jest z tej górnej. Jak 10 lat temu naderwali mi więzadła kolanowe, był większy, ale trwał znacznie krócej. Chcę Ci tylko zwrócić uwagę na kilka ważnych spraw.

Jeśli chcesz coś zrobić, zabierz się do tego w sposób fachowy.

Pierwsze i najważniejsze spostrzeżenie jest takie, że używając gruszki niczego nie załatwisz. Analogia z moim badaniem jest tu trafiona w punkt. Gdybym użył gruszki, gdybym chlasnął samobója, badanie należałoby powtórzyć. Czyli dotychczasowy ból poszedłby w gwizdek. Nie mówiąc o niemałych pieniądzach. Bo ja ten rezonansowy obraz kręgosłupa muszę mieć, bo potrzebuję go, by się dalej leczyć.

Jeżeli świadomie się zabijesz, dokonasz czegoś najgłupszego na tym świecie. Nie pozbędziesz się w ten sposób ani jednego problemu, nie uciekniesz trwale od ani jednej chwili bólu. To będzie tak skuteczne, jak dmuchanie pod wiatr, żeby go powstrzymać. Więcej. W przyszłym żywocie, a wiem, że przed Tobą jeszcze ich nieskończona ilość, do którego wystartujesz z niższego poziomu, niż startowałeś do obecnego żywota, wszystkie Twoje problemy wrócą jak bumerang. Bo to Ty i tylko Ty musisz się z nimi uporać. Uporać się, to znaczy znaleźć rozwiązanie, nauczyć się pokonywania problemów, które wyrosły przed tobą jak ściana. Gdy zamkniesz oczy i nie będziesz widział ściany przed sobą, myślisz, że ona zniknie? W następnej odsłonie Twoja dusza będzie podróżowała już innym pojazdem, z inną świadomością, ale to jednak będziesz Ty. Wszyscy, z którymi w tym żywocie miałeś na pieńku, powrócą po to, byś naprawił z nimi relacje. Również oni będą podróżowali już innymi pojazdami. Nie poznasz ich, oni nie poznają Ciebie, bo wraz ze śmiercią ciała/pojazdu, umrze dotychczasowa świadomość. Ale Ty nie jesteś Twoim ciałem. Ty jesteś duchem napędzającym to ciało. Nie wierzysz? Równie skutecznie możesz nie wierzyć, że 2 i 2 z reguły daje 4. To nie kwestia wiary, a wiedzy. Zmieniasz te ciała od niepamiętnych czasów jak rękawiczki. Myślisz, że bredzę, bo nie pamiętasz nawet poprzedniej pary rękawiczek, a co dopiero tych sprzed miliardów lat. To prawda, ale właśnie tak świat jest urządzony. Dodam tu bez wyjaśniania, że urządzony jest  bardzo mądrze, najmądrzej. Pamięć jest wytworem umysłu, a umysł umiera razem z ciałem. Kolejna para rękawiczek, wytwarza sobie nowe pliki świadomości.

Czyli jeśli z lekceważeniem rzuciła Cię jedyna, najpiękniejsza dziewczyna i cierpisz, może się zdarzyć, że w następnym akcie to Ty będziesz piękną dziewczyną, a dzisiejsza Twoja jedyna będzie musiała podróżować pojazdem wyglądającym jak jąkający się, pryszczaty okularnik z przetłuszczonymi włosami, na którego nawet nie spojrzysz. Wiedz, że dusza nie ma płci. To, czy w następnym wejściu będziemy kobietą czy mężczyzną, zależy wyłącznie od tego, jakiej karmy naprodukowaliśmy w poprzednich bytach. Kobieta stanowi byt wyższy, doskonalszy, niż mężczyzna, mimo, że to mężczyzna jest z reguły silniejszy i sprawniejszy intelektualnie. Kobieta natomiast góruje nad mężczyznami uczuciowo, a właśnie uczucia są tym, co odciska się w duszy, co ją zmienia. Ostatecznie liczą się tylko uczucia, emocje. To ich ślad pozostaje w duszy, czyli w Tobie. Reszta – myślenie, mądrość, zimne kalkulacje – umiera z ciałem. Możesz być najmądrzejszym z ludzi, ale jeśli masz charakter sukinsyna, nie ma rady, będzie Cię bolało. Mówią, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Tak właśnie jest, choć nie dosłownie. Wenus jest bliżej Słońca, bliżej źródła energii, bliżej celu. Mars jest dalej. Co wcale nie znaczy, że kobieta nie może się cofnąć, spaść z tej Jakubowej drabiny o kilka szczebli, by ponownie zacząć wspinaczkę z poziomu mężczyzny. Pamiętajcie o tym, panie. My, panowie, też możemy zjechać w dół. Do poziomów zwierzęcych.

Wiedz, że nie jesteś jedyną osobą, która cierpi. Cholerny, nie do zniesienia ból, może nawet większy niż Twój, dotyka wielu. Kiedy to czytasz, niektórzy w męczarniach umierają z głodu, inni są sprzedawani, jak przedmioty. Ale nie wszyscy mając w ręce gruszkę, zaraz decydują się jej użyć. Gruszka to ostateczność najgorsza z możliwych. Spróbuj małymi krokami, tak jak ja. Nie zakładaj z góry, że nie naciśniesz jej nigdy. To nie ma sensu, to Cię załamie. Wyznacz sobie cel znacznie bliższy, możliwy do osiągnięcia. Zdecyduj, że wytrzymasz jeszcze minutę, potem drugą minutę, godzinę. Jeżeli to ból wyłącznie fizyczny, staraj się odwrócić od niego uwagę. Chociaż na chwilę zajmij się czymś, co Cię pochłonie, posłuchaj muzyki, wsłuchaj się w nią tak, by zapomnieć o otoczeniu, załatw w myślach jakiś ważny problem, pogadaj z kimś – to też można zrobić w myślach. Spróbuj też ze zgłoską OM. Im niższy dźwięk, bliższy mruczącego kota, tym lepiej. Spróbuj wyobrazić sobie, jak wraz z głębokim i wolniutkim wdechem, przez trzecie oko wpuszczasz do środka złoty pył prany, energii kosmicznej. Jak prana dociera do bolącego Cię miejsca, jak przynosi ulgę, i jak z wydechem czarny dym Twojego bólu wypuszczasz na zewnątrz.

Musisz również mieć świadomość tego, że Twój ból nie jest bezpodstawny. Nie chodzi mi o to, że boli, bo na przykład, tak jak mnie, wysunął Ci się dysk i uciska nerwy. Boli, bo na ten ból zapracowałeś. Nie fizycznie, dźwigając za duży ciężar bez przygotowania, a gromadząc złą karmę chciwości, zazdrości, znęcania się nad kimś słabszym. Wszystkiego tego, czego sam nie chciałbyś doświadczyć, a co świadomie zrobiłeś innym w tym żywocie, a raczej w poprzednich. Musisz ten ból przetrwać, wypalić złą karmę. Innej drogi nie ma. Inne drogi są tylko w filmach. Przyjmij więc ten ból z należną pokorą oraz świadomością tego, że na niego zasłużyłeś. To również przynosi ulgę i uszlachetnia. W pierwszych tygodniach, kiedy mój ból był trudny do zniesienia, doszedłem do wniosku, że w poprzedniej odsłonie musiałem być hitlerowskim zbrodniarzem wojennym, pakującym w łódzkim getcie Żydów na wagony. Świadomość tego, że mi się należy, sprawiła, że bolało ciut łatwiej. Tak, cierpienie uszlachetnia, wzmacnia. Ja po wyjściu z tego badania czułem dumę, że jednak wytrzymałem. Bo gdy po pierwszej minucie poczułem ból i uświadomiłem sobie, że jeszcze 29 razy tyle leżenia przede mną, chciałem wiać. Potem wpadłem na pomysł, żeby wyznaczyć cel, który jest w zasięgu ręki, żeby po minucie, po pół minuty wytrzymywać i wtedy zastanawiać się nad użyciem gruszki. Jestem więc dumny podwójnie: nie dość, że wytrzymałem, to jeszcze znalazłem metodę.

Miej również świadomość, że kiedyś tę złą karmę wypalisz, choć może to trwać długo. Dłużej, niż chciałbyś. Jeśli urodziłeś się w takiej rodzinie, że klniesz w żywy kamień swój los i cierpisz, bo matka z ojcem piją i biją, a syn sąsiada w Twoim wieku ma znacznie lepiej, wiedz, że rodzisz się tam, gdzie Twoje miejsce. Masz takich rodziców, na jakich zasłużyłeś. Mówiąc obrazowo, to Ty ich wybrałeś, nie oni Ciebie. Ty swoją złą karmą, zasłużyłeś na takie, a nie inne warunki. Kochaj ich i bądź im wdzięczny, że umożliwiają Ci spalenie złej karmy. Oni, podobnie jak Ty, też nie są idealni, też mają swoje problemy. I przestań już produkować te złe uczynki. Zacznij produkować dobre. Gdybyś teraz chlasnął samobója, to byłoby tak, jakby wielka wywrotka z piachem jadąca przed Tobą nagle zrzuciła cały balast na Ciebie. Zakopie Cię. Długo będzie trwało, zanim wygrzebiesz się spod piachu. I zwróć uwagę, będziesz dokładnie w tym samym miejscu, gdzie byłeś. Przed Tobą ten sam kawał drogi, tylko, że dodatkowo zmarnowałeś mnóstwo energii na odkopanie się.

Bądź więc wyrozumiały, kochaj i pomagaj potrzebującym. Są ich setki milionów. Czekają na pomoc. To jedyna droga, piękna droga do doskonałości. A jeśli interesują Cię inne ważne prawdy o świecie, wskocz na początek do zakładki WKRACZAMY W ERĘ WODNIKA.

 

„Wisielec” źródło: www.learntarot.com/maj12.htm

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top